TREND(OWATY) FILM PRZYRODNICZY

Przyglądając się obecnym trendom w programach przyrodniczych, czy raczej powinienem powiedzieć psełdo przyrodniczych. Przychodzi mi na myśl jedna rzecz. Śmierć takich ludzi jak Timothy Treadwell alias Grizzly Man czy Steve Irwin alias Crocodile Hunter chyba poszła na marne. Ludzie niczego się nie nauczyli. Wręcz przeciwnie. Jakby to co zdarzyło się nieszczęsnemu Stev’ovi Irwin’owi jeszcze bardziej zelektryzowało publiczność do oglądania tego typu programów, jakby Ci, którzy masowo zaczęli powielać jego programy chcieli pokazać, że są naprawdę niepokonani.

Gwoli przypomnienia Steve Irwin był bardzo znanym australijskim prezenterem serii przyrodniczej Łowca Krokodyli, który w 2004 roku podczas kręcenia scen podwodnych do nowego odcinka został śmiertelnie ugodzony przez płaszczkę. Timothy Treadwell był ekologiem pochodzącym z Ameryki. Zasłynął jako badacz niedźwiedzi Grizzly Ursus arctos horribilis w Parku Narodowym Katmai na Alasce. Tworzył w ten sposób serię dokumentalną na temat tych ssaków. W nocy 5-tego października 2003 roku do obozu ekologa podszedł duży niedźwiedź. Niestety nie dał się odstraszyć. W konsekwencji Treadwell został zabity i pożarty przez zwierzę. Wraz z nim zginęła również jego dziewczyna Amie.

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Steve_Irwin.jpg

Ci dwaj mężczyźni zginęli nie dlatego, że nie mieli wiedzy na temat dzikiej przyrody czy byli fizycznie słabi. Zginęli ponieważ zlekceważyli przyrodę, która wymaga respektowania jej praw od każdego. Jak bardzo smutne jest to co ich spotkało oraz ich bliskich, tak ciągle przychodzi na myśl, że stało się to na ich własne życzenie. Nieustannie przebywali na granicy nagłej śmierci. Chcieli być postrzegani jako ludzie, którzy nie boją się ryzyka, którzy mogą pozwolić sobie na bliskie spotkania ze zwierzętami, co nie jest dane większości ludzi. Koszt jaki ponieśli jest ogromny. Świat zapamięta ich jako bohaterów, współczesnych herkulesów lub oszołomów i narcyzów pragnących zasłynąć kosztem przyrody. Oczywiście nie twierdzę, że Ci ludzie byli źli. Wręcz przeciwnie, ich zasługi w dziedzinie ochrony przyrody są nieocenione. Pytanie tylko czy musiało się to odbyć kosztem natury i ich własnym. Ciągłe wkraczanie w prywatną strefę zwierząt, narażanie ich na stres i cierpienie było na pewno niepotrzebne.

Kilka dni temu natknąłem się na internetową serię „przyrodniczą” gdzie kolejny raz powielany jest ten sam schemat. Człowiek „mocarz” wychodzi pomęczyć zwierzęta, ku uciesze swojej i gawiedzi. Oglądalność pojedynczego odcinka w granicach półtora miliona odsłon na Youtube. Pod spodem masa pozytywnych komentarzy. Tylko przyklasnąć. Niestety cały ten show opiera się na taniej sensacji. Na negatywnych emocjach. Wreszcie na braku etyki i poszanowania przyrody. W programie występuje prezenter, który wraz z ekipą tj, operatorem, dźwiękowcem i asystentem przemierzają jakiś niewielki teren w poszukiwaniu wszystkiego co się rusza. I tak w odcinku, przez który przebrnąłem ekipa śledzi nieustraszonego człowieka łapiącego m.in. gekony, ryby, żółwie, insekty i inne. Wszystko to przy wielkim, wręcz niezdrowym podnieceniu prezentera. Krzycząc do kamery, rzucając się na zwierzę i trzymając je gołymi rękami w conajmniej niedelikatny sposób próbuje podsycić atmosferę. Obchodzi się ze zwierzętami tak jakby to była rzecz, jakaś pluszowa zabawka. Zwierzęta wyglądają na wystraszone, są zdenerwowane i próbują się wyrwać. Prezenter jednak jeszcze bardziej zachęcony tą reakcją robi niewybredne komentarze o próbujących się wyswobodzić zwierzętach. Brawurowo ryzykuje własnym zdrowiem aby osiągnąć zamierzony efekt, by widz z emocji nie mógł usiedzieć na miejscu.

Po obejrzeniu całego piętnastominutowego odcinka miałem serdecznie dosyć. Czułem się tak jakby ktoś wylał na mnie pomyje. Zdaję sobie sprawę, że tego typu programów jest cała masa, w telewizji i ostatnio również internecie. Jednak nie sądziłem, że przybiera to już formę jawnego wyuzdania, fetyszu i bezpodstawnej przemocy.

Niestety ta tendencja do taniej sensacji w filmie przyrodniczym jest z każdym rokiem coraz silniejsza. Jest to obecnie główny czynnik decydujący o sprzedaży programów do telewizji. Weteran filmów przyrodniczych, tworzący dla takich stacji jak Discovery Channel, czy National Geographic Thomas Veltre zadał w pewnym momencie pytanie; „Co to mówi o nas jako o społeczeństwie, że wciąż jest popyt na taką rzeź?” po czym dodał: „Nie zaszliśmy daleko od czasów Rzymskich amfiteatrów.” (tłum. autora) I faktycznie niewiele różni się to co działo się w starożytnym Rzymie gdzie, główną rozrywką była walka dzikich zwierząt między sobą lub z ludźmi. Zmieniła się jedynie forma przekazu. Chociaż nie wszędzie, bo o korridzie można by też długo rozmawiać. Trzymajmy się jednak filmu.

Photo, text: Loretta Santini. ROME AND VATICAN. FOTORADIDACOLOR — TERNI, 1972, P. 35

Męczenie zwierząt na ekranie stało się normą. Głównie za oceanem, jednak nie robi to wielkiej różnicy skoro prawie w każdym domu w Europie jest telewizja amerykańska. Chris Palmer amerykański producent filmów przyrodniczych i wykładowca, w swojej książce „Shooting in the Wild” pisał, że pomimo faktu, iż misją National Geographic jest ochrona środowiska i edukacja to jednak na pierwszym miejscu jest rozrywka. Bowiem tylko to może przyciągnąć odpowiednią widownię, która pozwoli zarobić grube miliony z reklam.

http://www.chrispalmeronline.com/

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Do pieniędzy, które mają najważniejsze znaczenie przy produkcji filmów przyrodniczych, głównie dla telewizji. Łączy się to bezpośrednio z trendem jaki jest w danym czasie. A że od wielu lat mamy modę pokazywania zwierząt w cieniu ich oprawców, to twórcy muszą się w ten trend wpisać, by utrzymać się na powierzchni. By zagarnąć dla siebie jak największą liczbę widzów. Jednak trendy mają to do siebie, że nie trwają wiecznie. Prędzej czy później się nudzą, dewaluują. I przychodzi kolej na nowy, który wypełni powstałą pustkę.

Pytanie jakie sobie zadaję, to czy istnieje alternatywa, która równie skutecznie przykuje uwagę widzów, co obecne trendy „pornografii natury” jak określają to zachodni krytycy. Z pomocą przyszedł mi wybitny reżyser filmowy Andriej Tarkowski mówiąc, że: „Kino narodziło się w sposób grzeszny na targowisku. Przyszło na świat jako środek służący do zarabiania pieniędzy. Żadna inna dyscyplina sztuki nie narodziła się w tym celu. Do dziś każdy, kto robi film, odczuwa konsekwencje tego faktu.” I dalej: „Przez wiele lat publiczność domagała się filmów rozrywkowych. W rezultacie kino stało się rozrywką. (…) Sztuka mówi o nieskończoności. Jest misterium samym w sobie. Jeżeli kiedykolwiek zrobiłbym film, który podobałby się każdemu, miałbym poczucie, że zrobiłem coś zasadniczo niewłaściwego. Nie chciałbym nakręcić filmu, który podobałby się każdemu jak studolarowy banknot.”

Andrei Tarkovsky  http://sergiozadunaiskydalecine.blogspot.co.uk/2015/08/poeta-de-la-imagen-un-curso-de-dale.html

W świetle tych stwierdzeń dochodzę do wniosku, że nie ma sensu starać się podążać za tłumem. Nie ma sensu tworzyć na siłę czegoś, co będzie miało za zadanie przypodobać się jak największej publiczności. Po pierwsze dlatego, że jak już wspomniałem wcześniej, trend jest zawsze tymczasowy i prędzej czy później przeminie jak każdy produkt pop kultury. A zatem nasze dzieło nie przetrwa próby czasu. Po drugie tworzenie filmów artystycznych, niezależnie od gatunku ma wychodzić od autora nie od widza. To autor ma tworzyć potrzebę wznoszenia się ku wyższym ideałom a nie próbować iść na łatwiznę i powielać to co już znane.

Dlatego odpowiedzią na dzisiejsze spłycenie filmów przyrodniczych – i filmów w ogóle – jest klasyka. To właśnie klasyka jest źródłem inspiracji dla wszystkich, którzy tworzą obecnie i którzy tworzyć będą po nas. Klasyka nigdy się nie znudzi, nigdy się nie zdewaluuje. Dzieje się tak dlatego iż nie opiera się na formie samej w sobie ale odwołuje się do nadrzędnych wartości w każdym z nas. Jest uniwersalna, bo opiera się na archetypach, wspólnych dla wszyskich ludzi na ziemi. Dlatego tak ważna jest historia w filmie przyrodniczym. Jako nośnik uniwersalnych treści sprawia, że widz może odwołać się do własnych doświadczeń i poczuć więź z bohaterem. Może dzięki temu dowiedzieć się czegoś o sobie i innych, może wejść na wyższy poziom człowieczeństwa.

Reasumując moje wywody, chcę zwrócić uwagę na to, że film jako sztuka jest ciągle spłycana i dyskredytowana tworzonymi na masową skalę produktami. Gdzie przyroda jest traktowana przedmiotowo na filmowym rynku zbytu. Jednak mimo to wciąż istnieją inne sposoby tworzenia wzniosłych filmów o przyrodzie, gdzie z pełnym respektem traktuje się naturę, która mówi sama za siebie. Pokazując nam ludziom rzecz o nas samych. Rzeczy, które są wspólne dla nas wszystkich. Trzeba tylko pozwolić jej mówić. I zamiast podążać za rzeźnickimi trendami wystarczy skupić się na uniwersalnej historii, która może nie dotrze do wszystkich, ale wystarczy, że ujmie choć jedną osobę, która inaczej zacznie patrzeć na świat, a cel zostanie osiągnięty. Mam nadzieję, że pomimo obecnej kondycji filmów przyrodniczych, z czasem filmowcy znajdą lepszą, bardziej ludzką drogę do poznania natury i nas samych. Tego również życzę sobie, bym mógł być ambasadorem przyrody, która mówi sama za siebie.