NAJWAŻNIEJSZA KSIĄŻKA O FILMIE PRZYRODNICZYM NA POLSKIM RYNKU

Dzisiaj chciałem wam przedstawić drugą, jak do tej pory, książkę na łamach mojego bloga. Tym razem jednak, nie jest to proza przyrodnicza tylko rodzaj pamiętnika. Kilka tygodni temu wspominałem, że poważę się na napisanie paru słów na temat tej książki i w końcu nadszedł ten moment.

Smak białowieskiego miodu. Jak nakręciłem serial „Tętno Pierwotnej Puszczy.” jest to moim zdaniem najważniejszą książką na polskim rynku traktującą o procesie tworzenia filmu przyrodniczego. W tym wypadku całej serii. I w sumie tutaj mógłbym zakończyć artykuł, bo chyba wszystko już jasne.

Żarty żartami, ale jeśli chcesz zrozumieć na czym polega tworzenie filmu przyrodniczego to po prostu nie możesz tego nie przeczytać. I wierz mi, że nie mam w tym żadnego finansowego interesu. Jedyny interes jaki mam to to, byś uczył się o niełatwej sztuce filmowej od najlepszych. Również, nie piszę tego dlatego, że autorem jest mój mistrz, którego pragnę naśladować. Zawsze staram się trzymać zdrowy dystans do wszystkiego, nie inaczej jest w tym wypadku. Faktem jest natomiast, że tak jak niesamowity w swoim rzemiośle filmowym jest pan Jan Walencik, tak i w pisarstwie odnajduje się równie dobrze.

Książka opowiada historię tworzenia pierwszego polskiego serialu przyrodniczego, który powstał za sprawą pana Jana Walencika i jego żony Bożeny. Młodsi widzowie mogą nie do końca być zaznajomieni z tematem, jednak moje roczniki i starsze doskonale pamiętają telewizję edukacyjną z wszystkimi programami popularnonaukowymi, wśród których pojawiło się pięć części magicznego „Tętna”. Na temat samej serii nie będę się tutaj rozpisywał, bo to nie miejsce i czas, chociaż pewnie powstałby z tego pokaźny esej. Może kiedyś się pokuszę…

Książka prowadzi czytelnika przez cały skomplikowany proces tworzenia serii. Od idei przez gąszcz biurokratycznych zasieków, po żmudną produkcję w środku puszczy, aż po uroczystą premierę kinową. Poznając zawiłości produkcji odsłania się przed nami obraz pasji i determinacji twórców. Jednocześnie bardzo szybko zaczynamy odczuwać więź nie tylko z filmowcami, ale co znamienne, również z naturą puszczy białowieskiej. Te dwa czynniki powodują, że nie można oderwać się od czytania. To jest magiczna podróż, która z jednej strony sprawia, że kocha się naturę coraz bardziej, a z drugiej strony pokazuje jak tworzyć film. Uczy jak ujarzmić tą trudną materię filmową oraz przyrodę i stworzyć dzieło, które poruszy ludzkie serca.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem całość jednym tchem, odrazu wróciłem do początku i już z większą uwagą przeglądałem każdy fragment tej drogocennej wiedzy. Oprócz rewelacyjnego tekstu równie interesujące są same zdjęcia, których jest całe mnóstwo. Już z samych obrazów można się dużo nauczyć.

W sumie czytając Smak białowieskiego miodu ma się wrażenie, że ogląda się film dokumentalny. Swoją drogą, szkoda, że jeszcze nie powstał. Byłby to tzw. meta-film, czyli film o filmie. Kto wie może kiedyś powstanie film dokumentalny o parze filmowców przyrody, którzy w tamtych czasach odważyli się na coś czego nie dokonał jeszcze nikt w Polsce.

Nawiasem mówiąc, sam Pan Walencik zrobił film dokumentalny o swoim mistrzu Włodzimierzu Puchalskim. Czas zatem by pomyśleć o tym by kolejny uczeń zrobił film o swoim mentorze. Jak wszyscy wielcy Twórcy filmowi przez Kieślowskiego, Tarkowskiego czy Herzoga tak i Walencikowie zasługują na to by powstało dzieło ukazujące ich dokonania.

Nie ukrywam, że sam chciałbym w niedalekiej przyszłości zainicjować taki projekt.

Tym czasem, wracam ciągle do tej niezwykłej książki i staram się uczyć czegoś nowego. Czegoś co sprawi, że za każdym razem kiedy chwycę za kamerę będę przesiąknięty inspiracjami i pasją filmowców, bez których sam nigdy bym nim nie został.