KRÓTKO O NARRACJI W FILMIE PRZYRODNICZYM

Tak się złożyło, że kończąc studia filmowe byłem jedyną osobą, która jako pracę dyplomową przedłożyła szanownej komisji egzaminacyjnej film, ze zwierzętami w roli głównej. Na szczęście przez tych kilka lat studiów wykładowcy wiedzieli, że nie będzie to ani horror, ani komedia kryminalna, ani dramat psychologiczny ani nawet dokument społeczny. Byłem na uczelni rodzynkiem, do którego niektórzy z wykładowców nie wiedzieli jak się odnieść.

Jedni traktowali mnie po macoszemu, próbując jakoś się do tego ustosunkować. Inni natomiast próbując zrozumieć formę filmu przyrodniczego, na siłę starali się porównywać typowy film dokumentalny czy dramatyczny do tego typu formy. Ostatecznie kończyło się to polemiką, z której zdaje się nikt nie wychodził zwycięsko. A przynajmniej tak to pojmowałem wtedy. Niestety jeżeli przychodzisz na wydział filmowy, gdzie uczy się filmu o ludziach i ludzkiej rzeczywistości to nie możesz spodziewać się, że każdy wykładowca podejdzie do tematu z otwartym umysłem. Niemniej jednak muszę przyznać, że większość wykładowców przynajmniej starała się nauczyć mnie czegoś, co będę mógł wykorzystać właśnie w filmie przyrodniczym. Oczywiście nie chodzi mi o to, że niczego się nie nauczyłem przez lata studiów, wręcz przeciwnie, gdyby nie studia, pewnie nie rozumiałbym rzemiosła filmowego tak jak teraz.

Jednym z problemów z jakimi spotykałem się na uczelni, było podejście do narracji. Otóż w filmie przyrodniczym najczęściej mamy do czynienia z narracją z offu, gdzie lektor tłumaczy i opisuje to co przemija na ekranie. Filmy produkowane przez BBC Natural History Unit przyzwyczaiły nas do tego przez dziesięciolecia i skutecznie odcisnęły piętno na całej branży. Zgodzę się, że jest to dobra forma przekazu treści w filmie. Chyba najbardziej przyswajalna. Myślę jednak, że trend ten nie powinien narzucać się, jako jedyna prawidłowa forma. Jestem ogromnym zwolennikiem narracji poprzez obraz i dźwięk. I taka jest też moja piętnastominutowa etiuda na temat Pluszcza (Cinclus cinclus). Tylko obraz, dźwięk i akcenty muzyczne. Minimalizm. Oczywiście jakby się ktoś uparł, to można by dorzucić lektora, który opowiadałby o tym co się dzieje i tłumaczył jakieś głębsze zagadnienia, których akurat nie mogła uchwycić kamera. Ale nie to było moim zamierzeniem.

Okładka dziobem i pazurem
Dobrym przykładem pełnometrażowego filmu przyrodniczego bez lektora jest „Dziobem i Pazurem” uznanego polskiego filmowca, Krystiana Matyska. Film ten przez cały czas prowadzi widza od jednego aktu do drugiego, od jednej historii do drugiej. Dźwięki i muzyka tworząca warstwy narracyjne, nadaje głębię obrazowi, który poprzez umiejętny montaż pozwala bez zakłóceń śledzić, ze zrozumieniem co dzieje się na ekranie. Filmów takich jak ten, jest jednak w dalszym ciągu bardzo mało. I raczej nie zanosi się na to by coś się zmieniło w tej materii.

Uważam, że jedną z podstawowych zalet narracji poprzez obraz i dźwięk, jest możliwość głębszego  obcowania z bohaterami na ekranie. Bez narzucającej się narracji z offu, mamy możliwość próby własnej analizy tego co obserwujemy. Niejako widz sam, jest w stanie definiować to co widzi w czysto subiektywny sposób. Niemal tak jakby, był w terenie i obserwował rzeczywistość własnymi oczami. Bo przecież gdy jesteśmy w parku, i obserwujemy sikorki krzątające się wśród krzewów, to nikt za nami nie stoi i nie szepcze nam do ucha, co też te ptaki robią. Po prostu obserwujemy je sami starając się analizować to co widzimy.

Ważne jest tutaj jednak pewne rozgraniczenie, o którym nie wspomniałem do tej pory. Mianowicie chodzi o to, czym jest dany materiał filmowy i dla kogo jest przeznaczony. W dużej mierze filmy z narracją są domeną programów telewizyjnych. Są to filmy popularno naukowe, przeznaczone do jak najszerszego grona odbiorców. Wśród których przeważają ludzie nie związani z tematem, mający szansę poznawać świat przyrody w prosty i przyjemny sposób. Filmy przyrodnicze bez lektora natomiast napotykają na ograniczenia w przekazie ilości informacji. I to jest główny powód, dla którego tak trudno jest przebić się tej formie. Również chyba dlatego bardziej postrzegana jest jako dzieło artystyczne, niż po prostu film popularno naukowy. Co nawiasem mówiąc może czasem prowadzić do mylnego osądu, że taki film jest mniej wartościowy pod względem waloru naukowego.

Nasuwa mi się jeszcze jeden aspekt, dla którego taka filmowa forma jest mniej popularna, zwłaszcza wśród twórców. Nie da się ukryć, że jest znacznie trudniej opowiedzieć historię poprzez sam obraz. Gdyby jeszcze chodziło o świat ludzi, to mielibyśmy większe pole do popisu. Ludzie zasadniczo są bardziej ekspresyjni, chociażby poprzez gesty i mimikę twarzy. Natomiast w świecie zwierząt nie ma aż takiej swobody. Natura sama narzuca ograniczenia, do których trzeba się dostosować. Można tu starać się wykorzystywać kontekst, w jakim osadzony jest nasz bohater czy bohaterowie i starać się tak prowadzić dobór ujęć, by powstała w miarę jednoznaczna treść.

Od samego początku wiem co chcę opowiedzieć w moim filmie. Niestety nagrywanie filmu przyrodniczego to ciągłe zmaganie się z formą. Natura bowiem jest nieobliczalna i nawet najlepszy scenariusz może całkowicie ulec zmianie. Z czasem jednak, podczas produkcji pojedyncze ujęcia przybierają formy konkretnych scen. Aż w końcu podczas montażu mogę ogarnąć ogrom materiału i staram się łączyć strzępy informacji w jedną spójną całość. Jest to tyleż trudne co czasochłonne, bo wymaga czasem przeglądania setek czy wręcz tysięcy ujęć klatka po klatce, tak by dosłownie uszyć z nich płaszcz zdarzeń, które złożą się na konkretną historię.

Pamiętam jak na trzecim roku zdałem swój pięcio minutowy film o madagaskarskiej Mantelli Złotej (Mantella aurantiaca). Wykładowcy i moi koledzy ze studiów chwytali się za głowę, gdy mówiłem im ile materiału musiałem przejrzeć, wyselekcjonować i pociąć tak by móc stworzyć historię tylko na bazie obrazu. A było tego rzeczywiście nie mało, jak na pięciominutową etiudę. Ponad 600 około dwuminutowych ujęć z samymi bohaterami pierwszoplanowymi, oraz prawie drugie tyle pokazujące środowisko i inne zwierzęta zamieszkujące tą samą niszę biologiczną. Reasumując wyszło z tego ponad 1200 ujęć do tak krótkiego filmu. Ale udało się. Historia została opowiedziana na tyle klarownie, by każdy zrozumiał jej treść i przesłanie.

Sprawą oczywistą jest, że w tak krótkim wynurzeniu nie jestem w stanie ogarnąć całego tematu, który spokojnie zająłby dość pokaźnych rozmiarów książkę. Myślę jednak, że tych kilka zdań daje ogólne pojęcie na temat tego zagadnienia.